Faza 4: Ranek po uroczystościach żałobnych i podsłuchana na korytarzu rozmowa.
Następnego dnia Nikołaj wyszedł wcześnie do pracy i zatrzasnął drzwi tak mocno, że zadrżały naczynia. Zostałam sama i po raz pierwszy nie spieszyłam się z rekompensowaniem. Po prostu siedziałam w kuchni i piłam herbatę – zwykłą herbatę bez cukru. I nagle zdałam sobie sprawę: nie bałam się.
W porze lunchu zadzwonił telefon. Nieznany numer.
„Wiera Siergiejewna?” Głos brzmiał tak samo, ciężko. „Tu Wiktor Arkadiewicz. Szef Nikołaja”.
Zamarłam, ale odpowiedziałam:
– Tak.
„Przepraszam, że przeszkadzam” – powiedział. „Wczoraj nagle wyszedłem. Nie podoba mi się… takie… zachowanie. Ale muszę wyjaśnić jedną rzecz. Czy to prawda, że… dosłownie jesz osobno?”
Zamknęłam na chwilę oczy. „Zgadza się” – powiedziałam. „Tak właśnie postanowił. Powiedział: »Upewnij się, że sam sobie przygotujesz jedzenie«”.
Pauza.
„Rozumiem” – odparł spokojnie szef. „Ja… nie wtrącam się w sprawy rodzinne. Ale wczoraj, przed wszystkimi, Nikołaj pokazał, że jest kimś, kto upokarza innych. To… podważa zaufanie. Mamy zespół, Wiero Siergiejewno. Ludzie nie są z żelaza”.
„Rozumiem” – powiedziałam.
„I jeszcze jedno” – dodał, zanim na chwilę zamilkł. „Potrzebujesz pomocy? Nie mówię o pieniądzach. Mówię o pracy. Mamy w firmie wakat na stanowisko magazyniera. Stabilną, legalną pracę. Jeśli szukasz po prostu wyjścia z tej sytuacji, mogę cię z kimś skontaktować”.
Na chwilę ogarnęło mnie zdumienie. Minęło trochę czasu, odkąd ktoś zaoferował mi „po prostu pomoc” bez ukrytych intencji.
„Dziękuję” – powiedziałam cicho. „Pomyślę o tym”.
„Pomyśl o tym”, odpowiedział. „I… wybacz mi wczorajszy cyrk. Do widzenia”.
Odłożyłem słuchawkę i nagle zdałem sobie sprawę: Mikołaj stracił wczoraj coś więcej niż tylko dzień wolny. Zaczynał też tracić szacunek w miejscach, w których uważał się za „mężczyznę”.
REKLAMA