Faza 6: Walizka pod drzwiami i ciepła łyżka, którą nie trzeba się dzielić.
Godzinę zajęło mi przygotowanie się. Nie wziąłem ze sobą „jego” rzeczy. Tylko swoje: ubrania, dokumenty, zdjęcia syna, pierścionek mamy, którego nawet nie zauważył.
Nikolai stał w drzwiach pokoju i próbował udawać, że go to nie obchodzi.
„Odejdź” – powiedział. „Później wrócisz”.
Nie ruszałem się z miejsca, patrzyłem na niego – i po raz pierwszy nie widziałem groźnego właściciela, a jedynie upartego mężczyznę, który boi się zostać sam na sam z pustą półką.
„Nie wrócę, Nikołaju” – powiedziałem spokojnie. „Bo mam dość głodowania przy pełnej lodówce”.
Na półpiętrze wziąłem głęboki oddech, jakbym robił to pierwszy raz od lat. Moja sąsiadka, ciocia Lida, wyjrzała zza drzwi:
– Wieroczka… co ty robisz z tą walizką?
Uśmiechnęłam się, zmęczona, ale szczera:
– Będę wieść normalne życie, ciociu Lido.
Dwa dni później byłam już z synem. Otworzył drzwi, zobaczył walizkę i od razu wszystko zrozumiał, bez zbędnych ceregieli.
„Mamo…” powiedział cicho.
„Nie mogłam już tego znieść”, odpowiedziałam. „Ale nie jestem złamana”.
Syn przytulił mnie tak mocno, że po raz pierwszy od dawna miałam ochotę płakać nie z bólu, a z ulgi.
W jego kuchni jadł proste jedzenie: zupę, chleb, masło. I nikt nie dzielił półek.